Jeden jedyny wróg, cz. 2

Panie i Panowie, w tym tygodniu prokrastynowałem. Mógłbym napisać: zdarzyło mi się prokrastynować, ale takie przedstawienie sprawy przenosi odpowiedzialność na jakąś mglistą, mistyczną siłę. Prokrastynacja nikomu się nie zdarza – my ją uprawiamy, świadomie czy nie. I ja ją uprawiałem w minionym tygodniu.

Rezultaty mojej prokrastynacji często uchodziły mi na sucho – nie tym razem. Tym razem skopałem tłumaczenia. Wstyd, wstyd, wstyd! Tłumaczenia to miała być ta jedna rzecz, przy której zachowuję się profesjonalnie, dotrzymuję deadline'ów i nigdy nie sprawiam zawodu moim zleceniodawcom. A jednak przydarzyła się taka klapa – i to całkowicie z mojej winy.

Zmierzam do tego, że moja prokrastynacja mnie pokrzywdziła. Na pewno nie jestem jedynym, któremu coś takiego się zdarzyło. Wobec takiej sytuacji zadałem sobie dwa pytania. Po pierwsze: „Jak mogę uratować bieżącą sytuację i jakoś wykorzystać negatywne emocje, które mnie ogarnęły?” Po drugie: „Jak mogę uniknąć takiej sytuacji w przyszłości?”

Nauczka pierwsza: Don't hate the player


Przede wszystkim wiedziałem, że taka wpadka to nie jest powód, żebym siebie znienawidził. To nie jest nawet powód, żebym siebie karcił – tego już próbowałem tysiące razy i nie tędy droga. Na coś jednak musiałem nakierować mój gniew i zawód; nie wydawało mi się, żebym razem potrafił je ot, tak zniwelować.

Nie mogę i nie chcę nienawidzić siebie. Ale nienawidzę prokrastynacji. Jeśli ktoś powinien dostać po dupie z okazji nieprofesjonalnych tłumaczeń, to właśnie ona. Jeśli na coś miałbym nakierować te negatywne emocje, to właśnie na zmorę odwlekania.

Wróciłem więc do domu z zamiarem spuszczenia prokrastynacji solidnego lania. I udało się! Nim się obejrzałem tłumaczenia na kolejny dzień były zrobione, wysłane, przypięczetowane. Tym samym zapewniłem sobie nie tylko satysfakcję z dobrze wykonanej pracy, ale również poczucie spełnionej zemsty. Moja negatywna energia prowadziła mnie jednak dalej, tak, że jeszcze parę innych rzeczy, które mogłem potencjalnie odwlec na później, postanowiłem odhaczyć z wyprzedzeniem. Moją motywacją było to, żeby usunąć ich mentalny ciężar z mojego umysłu. To sprowadza mnie do drugiego punktu...

Nauczka druga: Zrzucić z siebie ciężar jak najszybciej


Pamiętacie, jak w zeszłym tygodniu pisałem o tym, żeby najpierw robić rzeczy ważne, ale niepilne? Stwierdzam, że chyba nie zawsze jest to najlepsze rozwiązanie. Ta 'ważna, ale niepilna' rzecz czasami może być tylko kolejnym obliczem prokrastynacji.

Nie zrozumcie mnie źle: czułem się świetnie po napisaniu tamtego posta, bo wrzuciłem go szybko i miałem to już z głowy do następnego weekendu. Niestety skutkiem ubocznym było to, że nie starczyło mi już tego dnia siły (przynajmniej tak sobie wmawiałem) na zajęcie się choćby tymi feralnymi tłumaczeniami. Zamiast tego w głównej mierze oddałem się pełnym wyrzutów sumienia przyjemnościom. Wiedziałem, że zrobiłem coś ważnego, ale moje prawdziwe obowiązki nadal na mnie czekają. I nie zabrałem się za nie aż do ostatniej chwili, męcząc się z mentalnym ciężarem pracy, jaka mnie czekała.

Gdy natomiast zmieniłem taktykę i postanowiłem zająć się najbardziej ciążącymi na moim umyśle zadaniami – takimi jak tłumaczenia czy czasochłonne zadania domowe – mój poziom energii wzrósł, nie zmalał. Poczułem się trochę niezniszczalny. Co więcej, wkrótce sam z siebie poczułem ochotę do napisania na przykład niniejszego posta.

Reasumując: walka trwa. Zamierzam w mojej batalii z prokrastynacją wyciągać naukę z każdej porażki, każdego nocnego nadrabiania zaległości, których można było uniknąć. To był właśnie jeden z takich przypadków. Jesteśmy teraz mądrzejsi i nie damy się tak przechytrzyć drugi raz. Oby.

Jeden jedyny wróg, cz. 1

Wszystko sprowadza się do prokrastynacji.

Ciężko było mi złapać wiatr w żagle do napisania w tym tygodniu posta na Tłok myślenia. Napisałem coś o tym, jak ważne jest czytanie i edukowanie się w swoim obszarze zainteresowań, ale brzmiało to trochę jak część kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”. Chciałem napisać cały post o metaforze, która przyszła mi do głowy podczas jednej z sesji coachingowych na temat prokrastynacji: mianowicie uznałem, że prokrastynacja jest jak toksyczny związek i trzeba się z niego wydostać, zerwać z tym, i tak dalej. Ale nie brzmiało to dobrze. Może zobaczycie jeszcze te posty w przyszłości, ale nie o tym chciałem napisać tym razem.

Ale owszem, będzie o prokrastynacji.

Bo widzicie, prokrastynacja to coś więcej, niż toksyczny związek. Prokrastynacja to suma wszystkich przeszkód – a walka z nią to najlepsza rzecz, jaką można zrobić.

Zadałem sobie pytanie: gdybym miał raz na zawsze rozwiązać mój problem prokrastynacji, to jak bym się za to zabrał? Co musiałbym zrobić, co wyeliminować z mojego życia, a co zmienić? Co musiałoby się stać?

Wkrótce zrozumiałem, że to przedsięwzięcie jest o wiele większe, niż by się zdawało. Niby prokrastynacja to proste zjawisko – odwlekanie rzeczy na później – a jednak całkowite jej wyeliminowanie wymagałoby gruntownych zmian.

„Wszystko robię na ostatnią chwilę”. Słowa powtarzane przez każdego, kto doświadczył prokrastynacji, choćby nawet nie znał nazwy tego zjawiska. Źródło niekończącej się frustracji. To jest to, z czym chcemy się rozprawić. No to teraz – jak odwrócić tę sytuację?

Co jest przeciwieństwem „robienia na ostatnią chwilę”? Z początku pomyślałem, że musiałoby to być „robienie wszystkiego tak szybko, jak się da”, ale to jest oczywiście niemożliwe. Między innymi dlatego, że nie da się robić wszystkiego w pierwszej kolejności.

Więc żeby zupełnie i raz na zawsze wyeliminować problem prokrastynacji, trzeba zadecydować, co należy zrobić w pierwszej kolejności, gdy ma się wiele rzeczy do zrobienia. Da się wszystko naraz odwlekać, ale nie da się wszystkiego zrobić naraz. Jak zadecydować?

Zazwyczaj pierwsza rzecz, jaka przychodzi nam do głowy, to rzeczy pilne, rzeczy, nad którymi wisi deadline. Wszystko, co do tej pory przeczytałem na temat produktywności, wskazuje na to, że to nie jest właściwy plan działania. Zawsze będziemy mieli w życiu rzeczy pilne; jeśli będziemy starać się gasić te pożary na wszystkie strony, nigdy nie zabierzamy się za to, co nie jest pilne, ale nadal jest ważne.

Większość czynności dążących do głębokiego rozwoju osobistego mieści się właśnie w tej kategorii. Czy nauka języków obcych to pilna sprawa? Rozwijanie biznesu, z którego zyski możemy zobaczyć dopiero za kilka lat? Czy pilne jest dbanie o swoje ciało, gdy przytłaczają nas obowiązki?

A jednak gdyby zaniedbać tego typu sprawy, życie byłoby puste. Może i stalibyśmy się władcami naszej listy rzeczy do zrobienia, może moglibyśmy odhaczyć wszystkie zadania z wyprzedzeniem, ale poświęcilibyśmy w tym celu energię, którą w pierwszej kolejności powinniśmy przeznaczyć na nasze pasje. Nie tędy droga.

Stąd myślę, że to, czym należy zająć się w pierwszej kolejności, to coś, co jest ważne, ale nie jest pilne. Przynajmniej zacząć od tego, zanim zacznie się gasić pożary. Dla mnie pierwszą rzeczą, która przychodzi do głowy z kategorii 'ważnych i niepilnych' to właśnie pisanie – coś, co robię dla siebie, gdzie nie ma żadnych deadline'ów, profesorów i pracodawców, którzy by mnie poganiali. Jednocześnie jest to jedna z najważniejszych części mojego życia.

Dlatego dziś postanowiłem na przykład najpierw zająć się postem na Tłok myślenia.

A co dalej w temacie prokrastynacji? Co jeszcze trzeba ustalić, żeby rozprawić się z nią raz na zawsze? O tym napiszę za tydzień, gdy bardziej zgłębię temat.

Jestem zobligowany poinformować Cię, że niniejsza witryna korzysta z plików 'ciasteczek' w celu dostarczania usług, personalizacji reklam i analizy ruchu sieciowego. Informacje o tym, jak korzystasz ze strony udostępniane są Google. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na użycie plików 'ciasteczek'.